Nielegalna wycinka drzew na Beskidzkiej

– Musimy powstrzymać nieodwracalne zniszczenia – apelował Maciej Wudarski z Prawa do Miasta, stojąc przed wielką stertą drewna na ulicy Beskidzkiej. Sterta jest dowodem, że w lesie, będącym częścią Zachodniego Klina Zieleni, trwa nielegalna wycinka drzew.

adsc-5178_201411171814

 

To duży teren, liczy 23 ha. Mieści się w wyjątkowo pięknej okolicy, bo między Rusałką a Strzeszynkiem, schodząc w dół do brzegów Bogdanki. Domy Poznania kończą się nieco wcześniej i tu już jest cicho i spokojnie, tylko las. Zgodnie z postanowieniami studium i miejskiego placu zagospodarowania przestrzennego na tym terenie, jako części Zachodniego Klina Zieleni, nie wolno niczego budować, to miejsce wyłącznie na zieleń i rekreację. Postawić tu można co najwyżej ławki i kosze na śmieci.

Problem jednak w tym, że to teren prywatny. Od 2006 roku właścicielem części terenu, a dzierżawcą pozostałego obszaru jest Dariusz Kowalczyk. I to on zlecił wycinkę drzew na swoim terenie niezgodnie z prawem, jak twierdzą służby leśne.

Bo mimo że teren jest własnością prywatną, jednak jest lasem, a nad lasami w Polsce pieczę sprawują specjaliści, o czym stanowi specjalna ustawa. I to oni decydują, co w tym lesie wolno robić, jakie drzewa i ile wyciąć, a jakie zostawić.
– Zgodnie z prawem obowiązek nadzoru nad takimi lasami spoczywa na staroście, w przypadku Poznania jest nim prezydent Grobelny – tłumaczy Mieczysław Broński, dyrektor Zakładu Lasów Poznańskich. – A zgodnie z jego wola ja jestem jego pełnomocnikiem.

To oznacza, że właściciel terenu ma obowiązek zwrócić się do ZLP o zgodę na wycinkę, a specjalista przysłany z dyrekcji wyznacza drzewa odpowiednie do wycinki, znakując je, by drwale wiedzieli, które wyciąć. Tak też to wyglądało i w tym przypadku, jednak jakież było zdziwienie poznańskich leśników, gdy po kontroli okazało się, że… właściciel wyciął przynajmniej dwa razy więcej drzew, niż mu zezwolono.
Sprawę zauważyli radni osiedla Krzyżowniki-Smochowice – członkiem tej rady jest też Maciej Wudarski z Prawa do Miasta. I jak sądzą, znają powody takiej rabunkowej działalności.
– Tu jest bardzo duża presja na zabudowę tego terenu – wyjaśnia Maciej Wudarski. – Mimo że w mpzp jest zakaz zabudowy, jest on również ujęty w dopiero co uchwalonym studium. Właściciele zaśmiecają ten teren, jedno z wysypisk możemy zobaczyć zaraz przy wjeździe, potem wytną drzewa, teren zacznie być dewastowany i pojawi się więcej wniosków o pozwolenie na budowę, no bo jak nie ma lasu to czemu nie zabudować? To trzeba powstrzymać!

Maciej Wudarski przypomina bardzo podobna sprawę po drugiej stronie Bogdanki, gdzie także prywatny właściciel terenu zaorał drogę rowerową. Miasto w osobie wiceprezydenta Kruszyńskiego obiecało, że będzie się starało znaleźć teren na zamianę, by las stał się własnością miasta – jednak od zaorania ścieżki upłynął już ponad rok, a w sprawie nic się nie ruszyło, chociaż właściciel terenu zadeklarował, że chętnie się zamieni.
– Miasto powinno zrobić wszystko, żeby te tereny nabyć albo wymienić – uważa Maciej Wudarski. – Tym bardziej, że jest wola właścicieli.

Bo także i Dariusz Kowalczyk bardzo chętnie wymieni swój las na jakikolwiek inny teren, jak to oświadczył.
– Kupiłem teren w 2006 roku i nic z nim nie mogę zrobić – wyjaśnia. – Za to mam nakaz produkcji leśnej, budowy dróg rowerowych i konnych oraz ławek czy koszy na śmieci na własny koszt. A poznaniacy tu sobie zrobili wysypiska śmieci.

Właściciel zaprzecza, jakoby chciał tu budować osiedle lub sprzedać grunt na ten cel deweloperowi – ale zdecydował się na kupno działek, ponieważ dysponował – jak mówi – zaświadczeniem z Miejskiej Pracowni Urbanistycznej, że na jednej z działek jest dozwolona zabudowa siedliskowa, a na innej jednorodzinna… Mało tego: dla jednej z działek dostał już warunki zabudowy z Wydziału Urbanistyki i Architektury. Jednak także w 2006 roku radni uchwalili miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, który zdecydowanie wyklucza jakąkolwiek zabudowę na tym terenie.
– Duże budynki rozumiem, że nie – mówi Dariusz Kowalczyk. – Ale gdyby tak zabudowa zajmowała 20 procent każdej działki, a na 80 nadal był las?

Mówimy o co najmniej… 190 działkach – bo tyle ma już nowych właścicieli. Na mapie geodezyjnej podział działek do złudzenia przypomina zaplanowane spore osiedle…
– To już nie byłby las – kwituje Maciej Wudarski. – A jeśli chodzi o utrzymywanie terenu w porządku i dzikie wysypiska śmieci, to na panu, jako na właścicielu spoczywa obowiązek sprzątania i utrzymania. Ma go pan, trzeba o niego dbać.

Właściciel zaprzecza, jakoby złamał prawo. Jego zdaniem, skoro od 2006 roku ani razu nie przeprowadził wycinki drzew, a mógłby to robić co roku, to co za różnica, jeśli w tym roku za jednym zamachem wytnie przydział za te wszystkie lata?
– Pan mnie szokuje – nie posiadał się z oburzenia dyrektor Broński. – To las miejski, nie produkcyjny! Z operatu wynika, że miał pan wyciąć nie więcej niż 3 metry z hektara. A pan wyciął co najmniej o 100 procent więcej! To, co pan opowiada, nie bardzo się ma do dokumentów i faktów. A jako leśnik mogę panu powiedzieć, że tak prowadzone cięcia odbywają się z dużą szkodą dla drzewostanu.

Właściciel jednak nie dawał się przekonać i nadal uważał, że nie złamał prawa wycinając drzew. Atmosfera dyskusji robiła się coraz bardziej gorąca, zakończył ją dyrektor Broński informując, że o sprawie – zgodnie z prawem – została już powiadomiona policja i dalsze działania należą do niej. Czy złoży wniosek do prokuratury o popełnieniu przestępstwa, czy tylko o ukaranie grzywną – jeszcze nie wiadomo.
– Jeśli policja nie zgłosi sprawy do prokuratury, to zrobimy to my jako rada osiedla albo stowarzyszenie ekologiczne – zapowiedział Maciej Wudarski.

http://www.codziennypoznan.pl/nielegalna-wycinka-drzew-na-beskidzkiej,15261,4,akt.html#.VGtTKfmG8_W