Nie jesteśmy partyzantami (miejskimi)!

Wojciech Bartkowiak ogłosił w dzisiejszej „Gazecie Świątecznej” tekst pt. „Partyzanci idą” nie po to, żeby wesprzeć ruchy miejskie w ich wyborczej walce, raczej odwrotnie: poważne sprawy mają pozostać w rękach poważnych, „wiarygodnych” ludzi – czyli wypróbowanych towarzyszy partyjnych i teamów prezydenckich.

Wolno tak redaktorowi, lecz nie o te diagnozy-prognozy tu chodzi. Chodzi o językowe formatowanie fenomenu ruchów miejskich w sposób, który z góry je w polityce dyskredytuje, co ułatwia przeprowadzenie wywodu z konkluzją jak wyżej. W dzisiejszych wydaniach „Gazety Wyborczej” drugi taki materiał ukazał się w „Wysokich Obcasach” pt. „Z partyzantki do urzędu”, napisany przez Jerzego Ziemackiego. Z powodu błędów i ogólnego niechlujstwa nie jest on, poza tytułem, godny uwagi. Chodzi o terminologię „partyzancką” w różnych odmianach, stosowaną do określania ruchów miejskich, jako ich charakterystyczna, podstawowa identyfikacja. Czytamy: partyzanci miejscy, partyzantka miejska, partyzanci wyszli z lasu, wrócili do lasu, ostrzał z lasu itd. itp., da capo al fine.

Jako działacz miejski od lat, współzałożyciel My-Poznaniacy i Prawa do Miasta, Kongresu Ruchów Miejskich i Porozumienia RM też, zaangażowany także w liczne inne mniej sławne miejskie przedsięwzięcia, uprzejmie acz stanowczo informuję, że

nie jestem, nie byłem ani nie będę żadnym partyzantem, w tym miejskim.

Ponadto nie widzę, żeby dookoła ktokolwiek z uczestników wymienionych lub innych miejskich działań miał coś wspólnego z aktywnością partyzanckiego rodzaju.

Nazywanie jest władzą boską, bo powołuje byty do istnienia, rzeczy nie nazwane nie istnieją, nazwane istnieją w taki sposób, w jaki zostały nazwane (choć niekiedy buntują się skutecznie przeciw terrorowi nazwy). Rzeczy nazwane nietrafnie istnieją koślawo, albo niezdrowo. Określanie „partyzantką miejską” działalności ruchów i organizacji miejskich (to nie to samo, co aktywność społeczna prowadzona po prostu w mieście), jest właśnie nietrafne i wykoślawia obraz tego fenomenu w społecznej świadomości, na jego niekorzyść. Szkodzi mu generując niekorzystne skojarzenia, emocje, uruchamiając nieadekwatne intuicje. Innym językiem – to jest przyprawianie gęby, zupełnie nie własnej, za to mocno krzywej. Zarówno przez nazywanie nas partyzantką, jak i kolportaż (za kolportaż też szło się siedzieć).

Co charakteryzuje „partyzantkę”?
I jak się ona ma do faktycznej działalności ruchów miejskich, którą znamy, bo prowadzimy ją na codzień?

Przede wszystkim to określenie na rodzaj walki zbrojnej, z wszystkimi skojarzeniami – konfrontacyjnego charakteru, gwałtowności, przemocy itp. Ma się to nijak do naszej rzeczywistości, w której jest i konfrontacja z władzami, i współpraca i to co jest poza tym podziałem. A jeśli konfrontacja to w sądzie, SKO, w mediach albo na sali sesyjnej, raczej rzadko na ulicy, a jeśli – to w pokojowej demonstracji. Poza tym partyzanci mieszkają i walczą w lesie, my w mieście, rozumiejąc metaforę – jesteśmy wypychani z miasta realnego, widzialnego, w sferę cienia w wirtualnym lasie. Nie możemy wychodzić z żadnego lasu, bo w nim nigdy nie byliśmy, nawet metaforycznie.

Las partyzantom jest potrzebny, bo ich ukrywa, i to istota partyzantki – konspiracja. My działamy jawnie, publicznie, nie cieniu, nie skrycie, nasze organizacje często są zarejestrowane w KRS, bywa że ich siedziby znajdują się w naszych domach, nasze twarze, personalia, adresy, telefony są znane i często powszechnie dostępne, obecne w mediach. Bywa, że także sprawozdania z działalności i rozliczenia finansowe są publiczne. Jaka konspira? Jawność, a często rozgłos są nam potrzebne, by osiągać cele. Jawność i otwartość to jest nasz stan ducha, nie skrytość partyzanckiej konspiry.

Partyzantka działa poza systemem, nielegalnie, by obalić wredne władze, bo nie ma innego na to sposobu. Ruchy miejskie są legalne, co nie wyklucza akcji obywatelskiego nieposłuszeństwa, ale to nie jest istota ich działania. Tą istotą jest społeczna oddolna samoorganizacja mieszkańców dla współdziałania na rzecz ich zbiorowych wspólnych potrzeb i interesów. Obalanie systemu ma tu mało do rzeczy, natomiast jego zmiana, nawet gruntowna i owszem, na gruncie prawa, procedur, uznanych praktyk społecznych, pokojowych i skutecznych.

Partyzantka, chłopcy (i dziewczęta) w lesie, to w czasie pokoju może brzmieć jak intrygująca zabawa. Paintball albo w chowanego, nic serio. Figura „partyzanta” w XXI w. w naszej części świata jest albo groteskowa, gdy brana serio, albo zabawowa. Tymczasem TO jest serio i TO jest profesjonalne. Prawdziwi ekonomiści z kwalifikacjami robią analizy finansów miejskich i zarządzania, zawodowi redaktorzy piszą teksty, PRowcy programują przekaz a socjologowie-akademicy z doktoratami diagnozują problemy społeczne. Nie wspominając o kancelariach prawnych piszących nam skargi i zażalenia, przyrodnikach mierzących zagrożenia dla środowiska albo księgowych lub informatykach. Bliskie to jest pospolitemu ruszeniu pro publico bono choć na ograniczoną skalę, bardzo odległe od amatorskiej zabawy w chowanego. Pozywamy władze do prawdziwego sądu i tam wygrywamy, a nie ciągniemy je do lasu na ustawkę!

Jaki ma sens formatowanie ruchów miejskich w „partyzantkę”?

Wydaje mi się, że chodzi o eksmisję z systemu demokratycznej polityki poprzez upowszechnianie dyskredytującego nazewnictwa, polityczną neutralizację, byśmy nie mogli zafunkcjonować jak realny podmiot polityki, do czego pretendujemy. A przecież ruch obywatelski, który stanowimy, jest z natury polityczny. Cały tekst Bartkowiaka jest taką werbalną akcją eksmisyjną. Pożyteczni, nieudolni, choć ofiarni idioci – to my. Trochę nas zinfantylizować, trochę zjuwenalizować w folklor i w nisze. I do lasu. Nie wspomnieć o milionach, którymi dysponują partie z subwencji na wybory oraz o urzędach miast, które są ustawicznie pracującymi sztabami wyborczymi zasiedziałych prezydentów. I nie wspomieć, że kluczowe postulaty ruchów miejskich uderzają w potężne grupy interesów, zdolnych załatwiać sobie ustawy w Sejmie, w „tłuste misie” z branży deweloperskiej, paliwowo-samochodowej, w globalne sieci handlowe, w lokalne interbiznesowe koterie, itd.
Napisać w tym kontekście, że nie mamy szans przede wszystkim dlatego że jesteśmy do dupy, to jest po prostu intelektualnie nierzetelne.

Bo może jest odwrotnie – w warunkach tak zatrzaśniętego, zabetonowanego systemu politycznego pilnującego ustalonego podziału łupów nawet amerykańscy supebohaterowie byliby do dupy…?

Co do szans, to się okaże, ale nikt przytomny w ruchach miejskich realistycznie nie zakłada, że w tych wyborach przejmujemy władzę w miastach. Walczymy o przyczółki we władzach, ale w wielu miejscach, nie w jednym jak cztery lata temu. Nie damy się politycznie tak zneutralizować jak tzw. NGO’sy, tzw. budżety obywatelskie albo tzw. konsultacje społeczne. W jednym czy drugim chodzi o to, żeby oddolna aktywność ludzi nie naruszyła status quo.

Nam chodzi o coś dokładnie przeciwnego – o POWAŻNĄ ZMIANĘ STATUS QUO.

http://lechmergler.blogspot.com/2014/11/nie-jestesmy-partyzantami-miejskim.html