Łańcuch światła – i co dalej?

Można nie znosić nazioli albo gejów, księży, kiboli, uchodźców, wielkiego kapitału, bezrobotnych, ksenofobów, feministek, psów i ich właścicieli, bezdomnych lub nacjonalistów, naturystów czy ekologów, kierowców, rowerzystów, cudzych bachorów, ale skoro są w naszym mieście i nie łamią prawa ani publicznego interesu, to mają prawo w nim być jak u siebie. Taki klimat, jeszcze nie powszechny, unosi się nad naszym miastem i był obecny podczas Łańcucha Światła – komentuje Lech Mergler, wiceprezes stowarzyszenia Prawo do Miasta.
Gromadzące tłumy spotkania pod szyldem „Łańcucha Światła w obronie niezależności sądów” to była w Poznaniu, i nie tylko, nowa, pozytywna i znacząca jakość. Jakość społeczna, bo pojawili się uczestnicy młodsi, wcześniej na wiecach nieobecni. Polityczna, bo obywatele naszego miasta poradzili sobie bez polityków partyjnych – był to więc przejaw polityki obywatelskiej. Psychologiczna, gdyż wyrażane były głównie pozytywne emocje, wolne od wrogości i pogardy. I wreszcie komunikacyjna – jako że okazał się możliwy inny język politycznej wypowiedzi, niekonfrontacyjny, niewykluczający i „niejadowita” symbolika.
A najważniejsze – to wspólne działanie, w skali kraju, okazało się skuteczne!
Obecnie najważniejsze, i naturalne jest pytanie – co dalej? Jak tę nową jakość trwale zachować? Jak wprowadzić ją do polityki realnej jako sprawczą moc polityczną – nie tylko dziś, ale i na jutro, pojutrze?

Dlaczego młodzi przyszli?
Dostępną i dość bliską okazją zagospodarowania wyzwolonych energii z „twardymi” i trwałymi skutkami są wybory lokalne – najistotniejszy etap praktykowania demokracji miejskiej. O tym, co ma piernik do wiatraka, czyli co ma akcja obrony sądów z wyborami rady miasta, będzie nieco dalej. Najpierw – komentarz o tym, co się w Poznaniu (i nie tylko) stało. Dobrze jest – planując przyszłość – zrozumieć bliską przeszłość.
Łańcuchy Światła miały szeroki zasięg, źródła mówią o 230-260 miastach. W Poznaniu w siedmiu spotkaniach brało udział od 3 do 15 tys. osób. Nie wszyscy zawsze przychodzili, więc łącznie było to co najmniej 20 tys. osób, może nawet 25-30 tys. To dużo, zwłaszcza w wakacje, kiedy nie ma studentów. Jednak w mojej ocenie nie były to jeszcze wydarzenia masowe, jak w Czerwcu 1956 r., kiedy na ulice wyszło 100 tys. poznaniaków. Albo podczas wizyty Jana Pawła II w Poznaniu w 1983 r., gdy na Łęgach Dębińskich zebrał się milion ludzi.
Te niedawne wydarzenia nie wpłynęły widocznie na układ sił ani preferencji politycznych, ani ich jeszcze nie wyrażają. W Poznaniu prawa wyborcze ma ok. 410 tys. osób, w całej aglomeracji łącznie to blisko 685 tys. osób. Masowość zgromadzeń zaczynałaby się od 50-60 tys. uczestników i dopiero wtedy byłaby pewnie widoczna w sondażach. Ale Łańcuch Światła zbliżył się do tej granicy. Myślę, że zagrożenie wolnych wyborów spowodowałoby protest masowy – bo Polacy kojarzą demokrację i wolność z wolnymi wyborami.
Udział młodszych w demonstracjach, ich liczbowa dominacja, to ważna nowość. Nie wiadomo skąd się wzięła, dominuje wszak opinia, że młodsi są bierni, poglądy mają konserwatywne, prawicowe, nacjonalistyczne. Dotyczy to także najinteligetniejszych środowisk młodzieżowych, czyli studentów – warto choćby przypomnieć zestawienie wyników głosowań w poznańskich akademikach, przygotowane przez prof. Krzysztofa Podemskiego. Idolem był tam Kukiz, Korwin-Mikke, a na PiS głosowało więcej studentów niż na PO.
Nie wiemy, czy młodzi zmienili zdanie, czy ulegli impulsowi chwili wyczarowanej przez organizatora protestów Franka Sterczewskiego? Albo żywiołowej reakcji łańcuchowej na Facebooku lub Instagramie? Czy też na Łańcuch Światła przyszła licznie ta mniejszość młodych, która po prostu nie jest prawicowa, konserwatywna, nacjonalistyczna? A może, jak chcą niektórzy, demonstracje postaw pro-PiS i pro-prawica to był tylko sytuacyjny bunt i młodzieńcza przekora wobec namolnej propagandy sukcesu za rządów PO i PSL?
Po raz pierwszy mocno wybrzmiał przekaz o braku powrotu do „tego, co było”. Władysław Frasyniuk ogłosił koniec III RP, bo jej instytucje zawiodły, a społeczeństwo obywatelskie na dobre nie powstało. Taka zmiana narracji pozwoliła młodszym na udział w demonstracjach politycznych, bo udział w Łańcuchu Światła nie oznaczał już ani demonstrowania bezkrytycznego zamiłowania do PO i autorytetu jej wodzów, ani totalnej wrogości wobec PiS i Kaczora z ekipą. Taki z grubsza przekaz wiązał się z demonstracjami KOD-owego „preczkaczyzmu”, więc młodsi powszechnie je omijali. Oni przecież chcieli politycznej zmiany i ją wyborczo poparli. I w części akceptują „dobrą zmianę”, z naciskiem na „dobrą”.
Taka postawa jest piętnowana z obu stron – jesteście „pożytecznymi idiotami PiS-u” krytykując kuchy PO, lub „pożytecznymi idiotami PO”, kiedy sprzeciwiacie się destrukcji przez PiS demokratycznego państwa prawnego. Dlatego na Łańcuchach Światła już nikt nie chciał słuchać partyjnych polityków.

Degrobelizacja PO idzie opornie, o PiS-ie – szkoda gadać
Politycy zawiedli, rozczarowali, zmarnotrawili zaufanie. Najpierw nie dość dobrze wykorzystali władzę daną przez wyborców na osiem lat. Po przegranej, jako opozycja, okazali się mało skuteczni. A obecna władza mocno zawiodła część elektoratu, wyprawiając z państwem i krajem rzeczy mocno odległe od deklaracji wyborczych, dzięki którym dostała władzę.
Opozycja nie wytłumaczyła się społeczeństwu z porażki, w ogóle jakby nie rozumie, dlaczego przegrała kolejne wybory z rzędu! Jakby to była kompletnie niezasłużona, zewnętrzna klęska żywiołowa! Bez uderzenia się we własne piersi nie uzyska ona żadnej wiarygodności, jakby długo i głośno nie wrzeszczała „precz z kaczyzmem”. Podpieranie się bohaterami antykomuny z lat 70.-80. to jakaś polityczna nekrofilia z prehistorią, bez sensu dla ludzi trochę młodszych. Co z tego że Frasyniuk, Wujec, Bujak byli w podziemiu i dziś protestują? Macierewicz, Kaczyński i Wildstein też byli w podziemiu i co z tego?
Z lewicą partyjną jest nie lepiej – poległa na własne życzenie, przez wewnętrzne podziały, oddając swoje ok. 12-proc. poparcie wyborcze głównie PiS-owi i dając mu w prezencie bezwzględną większość w Sejmie. Za taki błąd jak kandydatka Ogórek Leszek Miller winien zapłacić śmiercią polityczną, ale ma się dobrze, i z pełnym zadowoleniem poucza naród z telewizora.
Na terytorium poznańskim można się doliczyć chyba siedmiu lewic (albo „lewic”) niezależnych, także od wyborców. Liderka „lewicy” w radzie miasta jest ikoną krucjaty przeciw polityce prezydenta na rzecz zrównoważonego transportu w mieście. Inny lider innej „lewicy”, który własnoręcznie ogłosił się już kandydatem na prezydenta, jako cel politycznego ataku wyznaczył sobie rowerzystów. Może z czasem uzupełni o wegan, ekologów i syjonistów (lub islamistów).
Nowoczesna powiązana personalnie i uczuciowo z byłym ojcem miasta Ryszardem Grobelnym nie bardzo ma autorytet w mieście naszym – poza „przygrobelnym” klubem radnych, którym dowodzi osoba oskarżona w sprawie karnej za oszukanie poznaniaków ilomaś fałszywymi deklaracjami majątkowymi. Tacy ci grobeliści!
W ogólności degrobelizacja całej rady miasta, w tym dominującego klubu PO, postępuje opornie, co hamuje wdrażanie zmiany polityki rozwoju miasta, mimo zdecydowanego przestawienia zwrotnicy w 2014 r. po wybraniu Jacka Jaśkowiaka na prezydenta. Stare układy blokują degrobelizację urzędu miasta, o prawie każdą zmianę trzeba walczyć.
O PiS-ie szkoda gadać, nie ma chyba sprawy publicznej, której nie poświęciłoby w interesie partyjnym. W Poznaniu skandalicznym przykładem jest zablokowanie wbrew prezydentowi uzgodnionej i gotowej koncepcji przywrócenia do życia starego dworca kolejowego – ohyda będzie straszyć przez kolejne lata, pasażerowie będą się męczyć, choć budowa mogła ruszyć tej wiosny. Tylko co by z tego miało PiS?
To wszystko ludzie wiedzą i stąd dystans do partyjnej polityki i establishmentu. Politycy mają swoje grupowe interesy i partyjne priorytety – w tej sprawie intuicja młodych jest trafna. Jako obywatele wolnego miasta Poznania jesteśmy raczej zdani na siebie. I dlatego musimy bardziej zdecydowanie wziąć w swoje ręce wspólne dobro naszego miasta. Bo o nie chodzi, a nie np. anty-PiS albo inną grę.
To właśnie pospolite ruszenie mieszkańców, wywołane przez ruchy miejskie i ówczesną lewicę zakończyło w 2014 r. przewlekłe rządy Ryszarda Grobelnego nad Poznaniem. To dzięki niemu możliwe było zwycięstwo Jaśkowiaka, który przecież wywodzi się z ruchów miejskich. Teraz rzecz trzeba dokończyć – obronić wolne miasto Poznań, a władzę nad nim w większym stopniu oddać mieszkańcom – gospodarzom.
Co to ma do obrony sądów? Słabość naszego demokratycznego państwa prawa, doświadczana teraz w koncentracie, bierze się z faktu, że demokracja zaistniała w Polsce „od góry”, w wyniku umowy elit: post-PZPR i post-NSZZ„S”. Nie było miejsca, czasu, okoliczności na długotrwałe, oddolne budowanie i doskonalenie demokratycznych procedur i instytucji, od poziomu lokalnego, gmin i miast, do szczebla państwa.
Taka droga oznaczałaby zaangażowanie mas obywateli, powszechną demokratyczną socjalizację, przyswojenie demokratycznych kompetencji oraz utrwalenie przywiązania do demokratycznych wartości, obecnych w codziennym życiu: byłyby „nasze”, bo sami je zaprowadziliśmy. To jednak nie było nam dane, więc nie zakorzeniła się podstawowa, a po prawdzie jedyna gwarancja demokracji, praw i wolności – uwewnętrzniona podmiotowość i solidarność wolnych obywateli gotowych ich bronić w potrzebie.
Demokracja, wolności, prawa człowieka muszą mieć fundament w postawach obywatelskich przejawiających się na szczeblu lokalnym, miejskim, bo tam mamy naocznie do czynienia z ich praktykowaniem.
Miasto wolne od władzy pana feudalnego („Stadtluft macht frei”), lokowane „na prawie”, jest historycznym źródłem liberalnej demokracji. Działanie na rzecz rozwoju i jakości miejskiej demokracji to najlepszy sposób wejścia w politykę realną. Miasto to efektywne laboratorium demokracji, bo z natury jest obszarem kolizyjnym (mnóstwo ludzi z ich potrzebami i ambicjami oraz ich wytworów, skupionych na ograniczonej przestrzeni) i żeby mogło funkcjonować mimo różnic i konfliktów interesów, musi nauczyć się pokojowo z nimi obchodzić.
Potrzebny jest wspólny „miastopogląd”
Stąd mocno raduje miejski, mieszczański charakter „pluszowych” protestów poznańskich młodych „w bamboszach” (sformułowania Ewy Wanat) w formie pokojowych Łańcuchów Światła. Bez wrzasku, pogardy i wściekłości, bez patosu i egzaltacji (jak pisze Wanat: „mówiąc cicho, trzeba mówić mądrze, żeby utrzymać uwagę”). Krzyk nie służy współistnieniu i włączaniu, przeciwnie – walce i wykluczeniu innych, bardziej lub mniej nie „naszych”, bo myślących, czujących, wierzących inaczej. Ale w świecie krzyku nikt nie może czuć się bezpiecznie i u siebie, bo każdy należy do jakiejś mniejszości, która mogłaby zostać wykluczona albo wyklęta. Młodzi „w papuciach” rozumieją to lepiej.
Rozumieją, ponieważ odnajdują się w społeczeństwie sieciowym, lokalnym i globalnym, otwartym i różnorodnym, jako swoim oczywistym środowisku życia. Rozumieją internet i wartość środowiska naturalnego, nie mają takiego głodu konsumpcji i posiadania jak starsi, ogarniają współczesność ruchliwą i zmienną, która nie zawsze jest łatwa, ale jest oparta na tolerancji.
Na szczeblu miejskim tę generacyjną różnicę można było zaobserwować choćby podczas debat wokół uspokojenia ruchu na ul. Słowackiego: obrońcami dominacji samochodu na ulicy, broniącymi złudnego prawa każdego i zawsze do parkowania pod drzwiami swojej kamienicy są raczej ludzie starsi. A młodsi (w wieku 35 plus/minus 10 lat) chcą ulicy dla wszystkich: dla pieszych, rodziców z dziećmi w wózkach, rowerzystów, niepełnosprawnych, chcą ławek i zieleni, szerokich chodników.
Wspólny program dla miasta nie wymaga wiary w jakiegokolwiek jednego Boga, ponieważ dotyczy rozwiązań dla problemów konkretnych. Potrzebny jest wspólny „miastopogląd”, budowany na konkretnej narracji, umożliwiający praktyczne porozumienie ponad podziałami ideologicznymi, światopoglądowymi, także partyjnymi. Wiedza o tym, co działo się w Poznaniu w ostatnich latach, pokazuje, że przeszkodą w rozwiązywaniu problemów w mieście raczej nie były takie podziały, tylko partykularne interesy, udające „publiczne dobro” – głównie jednak biznesowe lub partyjno-koteryjne.
Formułą umożliwiającą układanie się wszystkich ze wszystkimi, uwzględniającą różnorodność potrzeb i interesów, jest formuła progresywnego, europejskiego miasta zrównoważonego rozwoju – otwartego, pluralistycznego, demokratycznego i sprawiedliwego.
Tolerancja dla ekspresji wolności indywidualnej i grupowej jest w takim mieście ograniczona wolnością innych podmiotów. Można nie znosić nazioli albo gejów, księży, kiboli, uchodźców, wielkiego kapitału, bezrobotnych, ksenofobów, feministek, psów i ich właścicieli, bezdomnych lub nacjonalistów, naturystów czy ekologów, kierowców, rowerzystów, cudzych bachorów, ale skoro są w naszym mieście i nie łamią prawa ani publicznego interesu, to mają prawo w nim być jak u siebie. Tzw. Pomnik Wdzięczności też, byle nie gwałcił ładu przestrzennego.
Taki klimat, jeszcze nie powszechny, unosi się nad naszym miastem i był obecny podczas Łańcucha Światła, wnieśli go młodzi organizatorzy i uczestnicy. Zaprzecza mu wrogość i pogarda („raz sierpem, raz młotem…”), kopiąca emocjonalne przepaści, ponad którymi trudno o dialog, a tym bardziej współpracę dla miasta rozumianego jako dobro wspólne. Chodzi o politykę inną niż teraz dominująca, gdzie nasze „najmojsze” racje mają zmieść racje przeciwnika (też najmojsze), razem z nim samym. Sensem takiej polityki ma być urządzanie dóbr wspólnych (miasta, regionu, kraju, Unii), żeby było jak najwięcej pożytku dla wszystkich. Polityka to gospodarowanie, dążenie „ku czemuś”, a nie wojna „przeciw”.

Precz dla precza i hejtu!
Zaangażowanie w wybory lokalne oznacza przejście od wyrażania poglądów i postaw do sprawczego aktu politycznego, który nie tylko opiniuje, ale stanowi, wywołuje skutki realnie zmieniające układ sił. Po doświadczeniach ostatnich lat, po Łańcuchu Światła, stać nas na jakościowo nową, społeczną, obywatelską kampanię wyborczą bez rzeki gadulstwa i ściemy, czytelnie pokazującą, jakiego miasta chcemy, pokazującą potrzeby, problemy i rozwiązania. Precz dla precza i hejtu!
Co robić? Przede wszystkim, od zaraz, trzeba przekonywać do udziału w wyborach miejskich. W ostatnich przełomowych wyborach udział wziął tylko trochę więcej niż co trzeci (38,7 proc.) uprawniony! Potrzebna jest szeroka kampania społeczna w tej sprawie.
Są też rozmaite bariery, oprócz mentalnych – oto np. Urząd Miasta Poznania interpretuje przepisy niekorzystnie dla mieszkańców bez stałego meldunku, na przykład zamiejscowych studentów, wykluczając od lat ich masy z aktu wyborczego.
Krok drugi to rozliczanie dotychczasowej władzy, weryfikowanie i obnażanie kandydatów, rankingi i skanery wyborcze, generowanie społecznych postulatów programowych uwzględniających potrzeby rozmaitych grup społecznych, zwłaszcza grup i środowisk słabszych mieszkańców, itd.
Krok ostatni, najtrudniejszy, to utworzenie szerokiej, progresywnej koalicji wyborczej, społecznej-obywatelskiej. Inicjatywa ta powinna opierać się na poznańskich organizacjach i ruchach miejskich, zaangażowanych w politykę miejską, z doświadczeniem wyborczym, ale szeroko otwarta na nowicjuszy – w tym z rad osiedli i „solistów”. I powinna łączyć ponad podziałami, bo zarówno ordynacja wyborcza, jak i fakt, iż partie polityczne mogą finansować wybory lokalne z subwencji budżetowej – dyskryminuje mniejsze, a zwłaszcza rozproszone komitety wyborcze. Za podziały karzą też wyborcy…
Wydaje się, że mamy teraz, jako mieszkańcy, szczególną szansę wzięcia odpowiedzialności za nasze miasto w stopniu zdecydowanie większym niż kiedykolwiek dotąd. Czy będziemy potrafili z niej skutecznie skorzystać?

 

Tekst ukazał się w Gazecie Wyborczej 14 sierpnia – http://poznan.wyborcza.pl/poznan/7,36001,22221807,w-miescie-jest-siedem-lewic-a-degrobelizacja-idzie-opornie.html